Siedzę w drugim wagonie, oprócz mnie jest jeszcze 7 osób. Czuję się dosyć dziwnie siedząc tu i wiedząc, co mnie dziś w nocy czeka. W zasadzie to nie wiem, jakim cudem dałam się namówić kumplowi na ten wyjazd. Szymon – bo tak ma na imię, dosyć często wybiera się na nocne wycieczki po Łodzi. Ja mimo strachu, spróbuję dziś powalczyć ze swoimi słabościami i lękami. W tramwaju gorąco jak w piekle, nie wytrzymam tu dłużej, wysiadam na następnym przystanku. Z Szymonem spotykam się na miejscu postoju autobusów nocnych, skrzyżowaniu Zielonej i Zachodniej, busy już na nas czekają. Wybieramy N5, który jedzie na Janów, bo stoi najbliżej nas.
22:25 – siedzimy już wygodnie na siedzeniach, przygotowujemy nasze zeszyty i zaczynamy pisać to, co przyjdzie nam w tej chwili na myśl. Mam milion myśli na sekundę, chciałabym opisać dokładnie co czuję, ale mam problem, aby ubrać to jakoś w słowa. Niestety wychodzi brak wprawy, dawno już nie zapisałam porządnie kartki papieru. Jak się okazuje, Simon też nigdy nie był na Janowie, obydwoje jedziemy tam pierwszy raz. W środku cisza, można się skupić na pisaniu. Uwielbiam miasto nocą, ponieważ jest zarazem fascynujące jak i niebezpieczne. Nocą wyostrzają się wszystkie zmysły i człowiek patrzy zupełnie inaczej na świat.
Po pół godzinie jazdy docieramy na nasze miejsce docelowe. Mam zwyczaj, że zawsze sprawdzam dokładnie nazwy okolicznych ulic i zauważam, że jesteśmy gdzieś na Rokicińskiej. Stwierdzamy, że pójdziemy prosto przed siebie. Chwilę później napotykamy jakiś dziwnie wyglądający rów.
- Zobaczymy, czy są tu jakieś ciała? - pyta Szymon z cwaniackim uśmiechem.
- No dobra byle szybko, nie mam zamiaru tu zostać ani chwili dłużej – odpowiadam z niemałym zdenerwowaniem.
Niestety, a raczej na szczęście nie znajdujemy nic poza rurami wodociągowymi. Szymon zawiedziony, a ja uspokojona idziemy razem dalej. Kumpel dla podkręcenia atmosfery puszcza z komórki jakąś muzykę z horrorów. Skręcamy na drogę prowadzącą do lasu. Stopień mojego przerażenia wzrasta. Godzina 23, las ja i Szymon kompletnie nieuzbrojeni w razie jakiegokolwiek ataku i jeszcze ta dobijająca melodia! Trochę wkurzona pytam:
- Nie wiem, co może być fascynującego w horrorach i czemu puszczasz tą schizową muzykę, aż tak bardzo chcesz mnie nastraszyć?
- Bo Ty nic nie rozumiesz. Ta muzyka kojarzy mi się z konkretnymi fragmentami z tych filmów, nie jesteś w stanie sobie wyobrazić, co ja teraz widzę, w koronach tych drzew, za tym zakrętem…
- I szczerze mówiąc nie mam zamiaru sobie wyobrażać. Sam fakt, że tu jesteśmy jest dla mnie wsytarczająco przerażający.
Las o tej porze nie wygląda zbyt przyjaźnie. Wydaje mi się, że konary drzew są dziwnie pochylone, tak jakby tylko czekały aż się zbliżymy, żeby nas pochłonąć potężnymi gałęziami. Moja wyobraźnia zaczyna działać, w każdym zakątku czai się… Zło... Dochodzimy do ścieżki, nagle rozlega się skowyt psów.
- Nie idę dalej – mówię zdenerwowana
- No chodź to tylko kawałek – Szymon próbuje mnie uspokoić
- Nie ma mowy nawet, wołami mnie tam nie zaciągniesz. Proszę Cię wracamy. - nie ustępuję
- Ehhh, no taki kawałek, doszlibyśmy do drogi tędy. No ale skoro się boisz to ok. - na szczęście jest chłopak kompromisowy.
Łatwo było powiedzieć wracamy, teraz trzeba przejść tą samą drogą co się przyszło. Ale wychodzimy z tego cało. Uff, co za niesamowita ulga! Z jednej strony czuję się wystraszona a z drugiej strony ciekawe doświadczenie. Sprawdziłam swój poziom strachu, no i jak to mówią „co cię nie zabije to wzmocni”. Ponieważ nie znamy dobrze okolicy, kierujemy się na przeciwną stronę ulicy, a dokładniej dwupasmówki. Tym razem podążamy asfaltem, tutaj czuję się o wiele bezpieczniej mimo, że droga nie jest oświetlona. Co jakiś czas tylko przejeżdżają jakieś auta . Docieramy do przejazdu kolejowego. Obok stoi samochód, chyba opel. W budce strażnika gra telewizor, ale wewnątrz żadnego ruchu. Jezu! Włączyła się ta głupia sygnalizacja, wystraszyłam się. Szlaban się opuszcza, to oznacza, że zaraz będzie przejeżdżał pociąg. No nic musimy z Simonem chwilę poczekać. Ale zaraz, moment szlaban się podnosi a pociąg nie przejechał... Patrzymy na siebie z Szymonem z ogromnym zdziwieniem.
- Widziałaś to? - nawet on już się przestał uśmiechać
- Tak, i nie wiem, nie wiem o co tu chodzi… Ten koleś z budki chciał sobie zażartować? Czy tam w ogóle ktoś jest?
Znów czuję ten nieprzyjemny dreszcz, który przechodzi przez całe moje ciało. Rozglądam się, nadjeżdżają samochody. Ludzie dziwnie się na nas patrzą. No tak, kto o tej godzinie stoi na przejeździe kolejowym, faktycznie może to dosyć zaskakująco wyglądać. Idziemy dalej, za zakrętem stoi jakiś tir, zatrzymujemy się. Nagle zza auta wychodzi dwójka kolesi.
- A wy tu czego?!- krzyczy jeden z nich
Nawet mu nie odpowiadamy, od razu wracamy tam skąd przyszliśmy. I po raz drugi nasz ulubiony przejazd. Czyżby kolejny pociąg „widmo”? Zapora znów się opuszcza, ciekawe czy tym razem cos przejedzie. Jest toczy się, ale i tak będę sobie zadawać pytanie, dlaczego wtedy nie przejechał?
Patrzę na zegarek, mamy 7 minut do nocnego! Przyśpieszamy kroku, bo jesteśmy daleko od zajezdni. Na następny będziemy musieli poczekać aż pół godziny. Kiedy znajdujesz się w miejscu, o którym w zasadzie nic nie wiesz, to zdecydowanie za długo. Dobiegliśmy jakimś cudem do autobusu. Zmęczeni, ale zadowoleni, że już wracamy do centrum. W środku tak zwane „rozmowy podpitych Polaków”, dziś mamy piątek i wszyscy już są zaprawieni przed całonocnym pobytem w klubach. Ludzie co prawda są troszkę zamuleni, ale jednocześnie szczęśliwi, że w końcu po całym tygodniu ciężkiej pracy mogą pozwolić sobie na odrobinę przyjemności i rozrywki. Śmieszne, że po takich przeżyciach jest nas w stanie zainteresować woda, która dziwnym trafem dostała się do wnętrza podwójnych szyb, chyba udzielił nam się nastrój reszty towarzystwa.
00:27 – wybraliśmy linię nocną N6, która jedzie na Rondo Powstańców 1863 Roku. Wprost już nie mogę się doczekać kolejnych rewelacji. Autobus zmierza w stronę Bałut. Pomyśleć, że jeszcze rok temu to była moja okolica. Jedna z najniebezpieczniejszych w całej Łodzi. Jak widać na moim przykładzie można tu jednak spokojnie przeżyć. Czasem jak wychodziło się wieczorem na fajkę, poznawało się okoliczną „śmietankę towarzyszką'', to znaczy dresów, pijaczków i tym podobne przypadki. Z doświadczenia wiem, że warto żyć dobrze z takimi ludźmi, później wieczorami można spokojnie przejść przez „dzielnię'' nie bojąc się tak bardzo, że ktoś cię zaczepi.
Tym razem już nie jedziemy tak długo, nim się obejrzeliśmy dotarliśmy na miejsce. Myślałam, że wszystkie zajezdnie są umiejscowione na terenach, gdzie „diabeł mówi dobranoc” . Myliłam się, teraz jesteśmy na normalnym osiedlu, pełnym wysokich bloków. Czuję się niemalże jak u siebie, sama mieszkam w bloku, co prawda dwupiętrowym i na parterze, ale lubię klimat blokowisk. Też nie wiemy dokładnie gdzie jesteśmy, więc postanawiamy iść między blokami. Rozmawiamy o sprawach związanych z naszym kierunkiem studiów( też nam się zachciało). Szymon jest najbardziej zorganizowanym człowiekiem na uczelni. Nawet wykładowcy czują przed nim respekt, od zwykłego magistra po prodziekana. Chociaż czasami nawet i on gubi się w tym całym uczelnianym bajzlu. Przechodzimy obok kontenera na ubrania, z którego wystaje dziwnie wyglądający worek.
- Ej , a może to są zwłoki? - pyta kumpel z rozbrajającym uśmiechem
- Szymon proszę Cię, skończ już dobrze? Tak, na pewno ktoś wrzucił zwłoki do kontenera PCK, i chyba wiedział, że będziemy tu przechodzić, tak na bank! - teraz mówię już z rozbawieniem
- A czujesz, idziemy a ten wór się rusza i mówi do nas: Cześć jestem Ki, ZWŁO-KI
Wybuchamy gromkim śmiechem, całe napięcie opada. Śmiejemy się z tego jakieś 15 minut. Teraz Simon opowiada mi o tym jak zaczęła się jego przygoda z pisaniem. Mówi, że prześle mi kilka opowiadań, żebym przeczytała i oceniła. Oczywiście wszystkie mają coś z horroru, jakoś mnie to już nie dziwi.
Ulica, którą idziemy, jakby nie miała końca. Za pół godziny mamy powrotny autobus, a kompletnie nie wiemy skąd przyszliśmy. Nie pozostaje nam nic innego jak iść dalej prosto przed siebie. Po około 10 minutach jesteśmy blisko skrzyżowania, odruchowo patrzę na tablicę z nazwą ulicy.
- Co?! Limanowskiego?! Jak my tu doszliśmy? To niemożliwe! - mówię ze zdenerwowaniem
- Szczerze mówiąc sam nie wiem jak to się stało - to nie było to, co chciałam usłyszeć
- No jak to, rodowity Łodzianin i nie orientuje się kompletnie w terenie – odpowiadam z wyrzutem
- No ale to Ty nas tu wyprowadziłaś - mówi z całkowitym spokojem
- Tak, teraz na mnie wszystko, ale to Ty jesteś przewodnikiem przecież. - przypominam mu
Oceniamy na trzeżwo naszą sytuację. Jest po 1 w nocy, a my znajdujemy się na najniebezpieczniejszej ulicy tego miasta. Jednym słowem, nasze położenie nie jest zbyt ciekawe.
Mimo to, decydujemy się iść w którąkolwiek ze stron, ponieważ chcemy ustalić dokładnie miejsce, w którym jesteśmy. Znam trochę „Limankę”, ale teraz ani bloki, ani sklepy, no dosłowinie nic, nie przypomina mi czegokolwiek. Po prawo w dali widać przejeżdżające samochody i jakieś rondo, idziemy tam. Dzisiejsza noc wydłuża się niemiłosiernie, w zasadzie godzina jest jeszcze młoda, a my po tych naszych wojażach, czujemy jakby już miało niebawem świtać. Niebo jest czarne, widać nawet gwiazdy, i jest zaskakująco ciepło. Ktoś mógłby westchnąć: „Jak romantycznie”, ale sceneria nie skłania do takich konkluzji. Stare, obskurne kamienice, popękana droga, co krok monopolowy, to wszystko składa się na obraz tej ulicy. Przypomina mi się ulica Starowarszawska, z mojego rodzinnego miasta Piotrkowa. W czasie II wojny światowej powstało tu pierwsze getto w Polsce. Po 60 latch nie zmieniło się nic, budynki mieszkalne są w rozsypce, zamieszkują je ludzie z tak zwanego marginesu społecznego. Tutaj jest dokładnie to samo. W końcu docieramy do ronda, jest tu dosyć duże skrzyżowanie ulic Limanowskiego i Włókniarzy, czyli już wiemy, że nie jesteśmy absolutnie w centrum, a wręcz po przeciwnej stronie.
- Co teraz? Jeździ tu coś w ogóle? - pytam rodowitego Łodzianina
- Wiesz kojarzę trochę Włókniarzy, ale skrzyżowania Włókniarzy i Limanowskiego... chodźmy tam, zobaczymy czy są jakieś przystanki.
Owszem przystanki są, ale tramwajowe, a o tej godzinie jak wiadomo tramwaje nie jeżdżą. Odwracamy się jeszcze dla pewności i zauważamy, że trochę dalej stoją jacyś ludzie, przystanek autobusowy był schowany za drzewami. Simon sprawdza zegarek. Teoretycznie autobus powinien już być, ale kto zna łódzkie MPK , ten wie, że punktualni to oni nie są. Z tego względu stwierdzamy, że skoro już tyle przeszliśmy to możemy przejść jeszcze trochę, teraz już wiemy gdzie mamy iść. Kiedy dochodzimy do przejścia dla pieszych słychać znajomy warkot. Tradycyjnie jak MPK potrzebne to nie ma, jak niepotrzebne to jeździ co chwila. Czuję już lekkie zmęczenie, i wiem, że nie będę w stanie już dziś jechać gdziekolwiek. Marzę tylko o tym aby wsiąść w N4 i pojechać do akademika, gdzie czeka na mnie moje wygodne łóżko.
Nie wiem ile kilometrów dziś przeszliśmy, ale pewnie sporo. Kolejna ulica bez końca, mam dziwne wrażenie, że okolica się jakoś zmieniła, i że nie jesteśmy na Limanowskiego. Patrzę na lewo na tabliczkę i co widzię? Widzę, że jesteśmy na Lutomierskiej. Ręce mi opadają, przecież szliśmy tą samą stroną nawet, więc jak się znaleźliśmy na tej ulicy a nie na „Limance”? Już nie mam siły myśleć nawet. Po pół godzinie marszu, jesteśmy na Zachodniej. Mam uczucie, że zdobyłam Mount Everest, nie tylko z powodu ogromnego zmęczenia i bolących stóp, ale odczuwam niebywałą radość, że jesteśmy w końcu w miejcu, które dobrze znamy. Uśmiecham się na widok łódzkiej Manufaktury.
- To co, chyba już nie masz siły na przejażdżkę do Łagiewnik? - pyta Szymon, ale słyszę lekką nutkę nadziei w jego głosie.
- Niestety Simon, jestem wykończona, myślę tylko o tym żeby się położyć. Dziś było na prawdę fajnie, gdybyśmy tyle nie chodzili, pewnie wykrzesałabym resztki siły na to żeby z Tobą tam pojechać, a tak, czuję się jak po zderzeniu czołowym ze 100 tonowym czołgiem.
I tak to znaleźliśmy się w punkcie wyjścia, czyli na Zielonej. Żegnam się z kumplem i obiecujemy sobie, że na tym nie koniec naszych nocnych wypraw. Wsiadam do 3 autobusu tej nocy. Mamy godzinę 2 :30, już wiem, że o 3 będę leżała wygodnie w łóżku. Dzisjesza wycieczka dała mi trochę do myślenia. Miasto nocą kryje w sobie mnóstwo tajemnic, i ten dreszcz nieskrywanych emocji, niesie za sobą wiele istotnych zmian. Wzmaga się czujność, wyostrzają się wszystkie zmysły, człowiek bardziej się zastanawia, analizuje z dokładnością kolejne swoje ruchy.
Tego wszystkiego doświadczyłam w ciągu tych 4 godzin i muszę przyznać, że to bardzo uodparnia psychikę. Udało mi się zapisać niecałe 4 strony, po kilku latach przerwy uznaję to za mój mały osobisty sukces. W spokoju dojeżdżam na osiedle akademickie. Wciąż nie mogę uwierzyć, że dosłownie 3 godziny temu przechodziłam przez las, stałam na podejrzanym przejeździe kolejowym i próbowałam odnaleźć właściwą drogę. To wszystko minęło jak zwykły sen, a jednak wydarzyło się na prawdę.
Wchodzę do pokoju, moje współlokatorki już śpią, jutro opowiem im wszystko ze szczegółami. Tak kończy się moja 1 nocna podróż po Łodzi, zasypiam z uczuciem niezwykłego zadowolenia.
Joanna Kroczyńska