Tom Ford, wiadomo, wyczucie stylu ma. W 2001 roku został okrzyknięty najlepszym projektantem mody na świecie. W „Samotnym mężczyźnie” pokazał, że umie w równie delikatny i wysublimowany sposób przedstawić historie na ekranie.
Ford nakręcił film w 21 dni i w całości pokrył jego budżet z własnych środków. Dało mu to pełną niezależność, którą w całości wykorzystał.
Lata 60, Ameryka. Wykładowca literatury na uniwersytecie, George, przeżywa załamanie. W wypadku samochodowym zginął jego kochanek, z którym utrzymywał kontakty od 16 lat.
Rodzina nie chce zaprosić go na pogrzeb. George podejmuje decyzję o popełnieniu samobójstwa. Jesteśmy zatem świadkami ostatniego dnia jego życia, ale także dzięki wspomnieniom bohatera mamy możliwość retrospekcji. Akcja dzieje się zatem na dwóch poziomach. Pierwszy- wspomnienia z życia z kochankiem- Jimem, drugi to dzień, w którym osamotniony bohater postanawia popełnić samobójstwo i szykuje się do realizacji planu.
Colin Firth otrzymał za główną rolę w filmie Forda nominację do Oscara i Złotego Globu. Jego wybory wydają się coraz trafniejsze. Po tym jak kojarzył mi się wyłącznie z rolą spokojnego i eleganckiego Anglika w „Dzienniku Bridget Jones” zaczął przełamywać ten wizerunek rolami m. in. w „Dziewczynie z perłą” czy „Dumie i uprzedzeniu”. W roli Georga, w „Samotnym mężczyźnie” wykazał się ogromną wrażliwością i umiejętnościami aktorskimi. Świadczą o tym nominacje do nagród. Jego spokój, opanowanie, a nawet w pewnym stopniu wycofanie okazały się być idealnymi cechami do roli załamanego wykładowcy w średnim wieku. Emanuje na ekranie milczącym, wielkim bólem.
Julianne Moore, której rola w filmie nie jest duża, wypada dobrze. Idealnie wpasowuje się typem urody i całym zaaranżowanym wizerunkiem w styl lat 60tych.
Rozmowa jaką Moore, grająca byłą kochankę i obecnie przyjaciółkę Georga, prowadzi z bohaterem pokazuje świat kompromisów na jakie idzie porzucona przez męża kobieta. Ale przede wszystkim zaangażowanie i bezkompromisowość homoseksualisty- romantyka.
W filmie ujmujące jest również rosnące napięcie. Sceny przeciągają się w nieskończoność, są milczące i pełne napięcia. Towarzyszy nam nieustanne wrażenie, że zaraz wydarzy się coś złego. Nastroju w filmie dodaje piękna muzyka Abla Korzeniowskiego.
Kadry zmieniają kolor w zależności od emocji bohatera. Stają się cieplejsze albo chłodne. Jest to kolejny środek wyrazu, jakiego w filmie tym potrzeba, by opowiedzieć widzowi o takich emocjach. Nie mówić wprost, ale dać odczuć, a właściwie współodczuwać z bohaterem.
Ford, jak na człowieka ze świata mody przystało, postarał się o gustowną oprawę filmu. Całość jest jakby wyjęta z lat 60tych XX wieku. Bez niepotrzebnego blichtru i przesadnych kolorów.
Film godny polecenia.