Kolejna nieprzespana noc. Godziny nasilonego myślenia o niczym. Myślenia o wszystkim. W ciągłym biegu, bez chwili wytchnienia. Tak podążamy za czymś, co nazywa się celem. Każdy ma jakiś cel, lub powinien go mieć. Myślenie w nocy jest dobijające. Problemy rosną. Nie możemy sobie z nimi poradzić. Lecz tak to wygląda tylko w nocy. Za dnia jest zupełnie inaczej. Czy to światło sprawia, że czujemy się pewniej i bezpieczniej? Noc jest tajemnicza. Tak samo jak czas. Robimy z nim, co chcemy. Każdy inaczej, na swój sposób. Jedni lubią monotonność. Po powrocie z pracy zalegają na swych kanapach. Pilot w ręce, kapcie obok, rodzina w komplecie. Dzieci głośno śmiejące się z drugiego pokoju, nadają sens istnienia dorosłym. Są ich uzupełnieniem. Prowadzą sielankowe i spokojne życie, a problemem jest jedynie nieodpowiedni kolor lizaka. Jakże często każdy dorosły chciałby powrócić do lat dzieciństwa. Ciągła zabawa, uśmiech na twarzy, brak problemów- z tym kojarzy nam się dziecko. W nocy wyostrzone zmysły, słuch sprawniejszy niż za dnia. Słyszalne kroki kota, rosnące rośliny, tykający zegar. Mógłby tykać szybciej.
Wiję się w przepoconych piżamach. Spoglądam w sufit. Zaraz zawali się na mnie, jak nocne myśli. Nie dają mi spokoju. Atakują mnie. Ściany wyznaczające granice mego pokoju, zacieśniają się. Chcą mnie okryć, powalić pod swym ciężarem. Miotam się, jak niewolnik w siatce. Życie mnie złapało. Problemy nie chcą dać się wyplątać. Czy rodzice kupią mi nowy samochód? Przecież ten ma już dwa lata. Kolor jest niemodny. Jak ja pokażę się w nim na mieście.
Czy siostra zawsze będzie nieodpowiedzialna? Mimo 18 lat nadal jest głupia. Czy zawsze będę musiała myśleć także za nią? Czy w takim razie są różne odmiany dorosłości? Można być chyba bardziej lub mniej dorosłym.
Sąsiadka z drugiego piętra choruje. Może nawet niedługo umrze. Musiała popełnić w życiu wiele błędów. Bóg ją ukarał. Bo czy 22 lata, to czas na umieranie? Noc jest męcząca.
I wtedy , gdy nie mogę zasnąć, a moje problemy wydają się ogromne-one zasypiają na witrynach sklepowych. Manekiny z wystaw, szyderczo uśmiechają się do nich, jakby chciały ich zwabić do swojego wymyślonego świata. Lecz co mogą im zaoferować. Sztuczność i obłudę, której zaznały wcześniej.
Brudne i głodne wciąż spoglądają na przechodniów. Błagalnym wzrokiem proszę o jedzenie. Jedni dadzą, co mają, inni przejdą obojętnie. Uodpornili się na ten widok. Widok brzydki i nieprzyjemny. Są jak koty. Porzucone, chude i wygłodzone. Miauczą, ale co z tego, przecież i tak nikt ich nie rozumie. Rozmawiają między sobą. Mówią do siebie. Tylko do siebie.
Śmierdzące i ciemne pomieszczenia są dla nich domem. Opuszczone piwnice i strychy mają stanowić schronienie. Mają być domem dla tych, którzy go nie mają. Są jak ślepe krety. Żyją w ciemnościach. Jedynym światłem, które ich oświetla, a zarazem ogrzewa jest ognisko, słabo tlące się na środku pokoju. Lecz czy życie, które wiodą, jest lepsze?
Narkotyki, papierosy i alkohol znają od 4 lat, mimo krótkiej egzystencji. Pierwszej połowy nie pamiętają. A może nie chcą pamiętać. Pijąca matka, bijący i wrzeszczący ojciec. Patologia. Druga część bytu jest żebraniem. Proszeniem o więcej. Bo tak to jest, że zawsze chcemy więcej. Nie znamy umiaru, nie wiemy, kiedy powiedzieć dość.
Zasypiając martwię się o to, co powiedzą inni, czy zdam egzamin. A one? One martwią się, czy przetrwają kolejny dzień. Czy zima oszczędzi ich. Czy pozostaną wszyscy. Może przeżyją tylko wybrani? Może kilku będzie musiało ich opuścić. Na zawsze.
I tak nie mogąc zasnąć, myślę co teraz robią dzieci zza granicy wschodniej. Moi mali sąsiedzi...